Jestem chyba trudnym pracownikiem. Głośno mówię o tym, co mi się nie podoba, trochę narzekam, czasem się poawanturuję. Nie lubię się podporządkowywać i nie lubię, kiedy tak jawnie i otwarcie chcą mnie wykorzystać i zakładają, że będę naiwna i posłuszna. Nje pajdiot. Nie wiem, czy to tylko mój charakter, czy zasadniczo jakiś europejski styl, ale po prostu nie chcę dać za wygraną. Zasadniczo widzę, że nie powinnam tego rozpatrywać w kategoriach walki, porażki i zwycięstwa. Mogę sobie małe wiktorie mieć, ale tak naprawdę czy to coś zmienia? System pozostaje ten sam, pracownicy nie mają tutaj zbyt dużo do gadania i o dziwo chyba nawet im to nie przeszkadza. Może to taka mentalność i tyle. W każdym razie ja się w ten styl raczej nie wpisuję. Ostatnio przyszłam do pracy o 14.58 i zwrócono mi uwagę w sposób dosyć oschły. Pracuję od 15, więc o co chodzi? Ponoć jeśli moi studenci muszą na mnie czekać to to wygląda źle. Nawet jeśli lekcja zaczyna się punktualnie. Uczniowie nigdy nie powinni przychodzić przed nauczycielem, bo wtedy są rozbrykani, żartują sobie i w ogóle myślą, że szkoła jest nieprofesjonalna. Zapytałam oczywiście, co jeśli moi uczniowie zechcą przychodzić na przykład dwadzieścia minut wcześniej i usłyszałam, że wtedy ja tak czy inaczej powinnam przychodzić przed nimi. Niedoczekanie, no chyba że mi ekstra zapłacą. Możemy się rozliczać za każdą minutę, nie ma problemu. W końcu jeśli przyjdę do pracy o 15.01 to naliczają mi karę, dwa dolary, co za skandal. Chyba środkowoazjatycka kultura pracy to nie jest coś, co sobie łatwo przyswoję. Zatem pewnie oni będą musieli sobie przyswoić trochę mojego stylu. Jestem gotowa na wojnę!
sobota, 12 listopada 2011
Dzień pięćdziesiąty trzeci
środa, 2 listopada 2011
Dzień pięćdziesiąty drugi
Po pracy wybraliśmy się do niemieckiej piwiarni, jakże to zachodnie i mało wspierające lokalny biznes, fuj. Na co dzień staram się raczej unikać tych wszystkich miejsc dla obcokrajowców, a zwłaszcza barów w których przesiadują amerykańscy żołnierze. Dzisiaj jednak dałam się namówić, bo ponoć jedzenie tam dobre i w ogóle europejski standard, ach och. Niemniej jednak okazało się, że nawet niemiecka knajpa w Kirgistanie zachowuje lokalny poziom obsługi, czyli tradycyjnie połowy rzeczy nie ma, wszystko wyszło, zostało tylko najdroższe piwo. Strasznie to zabawne mi się wydawało. Napaliliśmy się na fondue, oczywiście okazało się, że nie ma, ale wymówka kelnera mnie szczerze zaskoczyła. Nie chodziło o to, że nie ma sera, to byłoby zbyt proste. Okazało się, że knajpa na stanie nie posiada palnika do foundue, bo przecież to sprzęt drogi i trudno dostępny. Na pytanie dlaczego w takim razie danie tak skomplikowane znajduje się w menu usłyszeliśmy, że i tak nikt tego nie zamawia a dobrze wygląda. Czyli przylansować się można. Nie, to jednak nie jest niemiecka piwiarnia.
Zasadniczo dalej trwamy w powyborczym napięciu. Oficjalnie nic się nie dzieje, ponoć jest spokojnie, ale z rozmów z moimi Kirgizami wynika, że może jednak być różnie. Jeden z kandydatów opozycji, zaciekły nacjonalista, nie tylko przegrał wybory. Jego partia prawdopodobnie zostanie także wyrzucona z rządzącej koalicji. Wciąż trwają rozmowy, ale jeśli do tego dojdzie, to on sam i jego zwolennicy na pewno nie przyjmą tego spokojnie. Wtedy na prowincji może dojść do zamieszek na tle etnicznym, a takie rzeczy szalenie szybko się tutaj rozprzestrzeniają. Niemniej jednak na razie nic nie wiadomo. Oficjalne wyniki wyborów zostaną podane dopiero za kilka tygodni. Słyszałam wersję, że władze zwlekają z tym tak długo bo mają nadzieję, że jeśli będzie zimno to ludziom nie będzie się chciało protestować. Coś w tym jest. W każdym razie i tak wiadomo, że wybory wygra Atambajew, co daje jako taką szansę na stabilizację, ale też nie daje zbytniej nadziei na rozwój, demokratyzację i reformy. Atambajew jest bardzo prorosyjski, chce ograniczyć wpływy zachodu i zacieśnić współpracy z krajami Azji Środkowej. W marcu najprawdopodobniej Kirigstan przystąpi do unii celnej z Kazachstanem, co nie zdaniem wielu nie przyniesie krajowi zbyt wielkich korzyści. Pomysł ten spotyka się też z powszechną krytyką studentów i intelektualistów kazachskich, więc jeśli do tego dojdzie to też szykują się najpewniej protesty w obu krajach. Zadziwiające jak szybko na wyniki wyborów zareagowały Stany. Atambajew pozostający pod silnym wpływem Rosji nosi się z pomysłem zamknięcia amerykańskiej bazy wojskowej. Nie jest to co prawda oficjalne, ale amerykanie zareagowali natychmiast i już przestali finansować część projektów, przez co wielu Kirgizów z dnia na dzień straciło pracę. Na pewno Atambajew ma wiele politycznych powodów, żeby tak postępować i kieruje nim jakaś logika, jednak z ekonomicznego punktu widzenia to chyba nie jest zbyt korzystna decyzja. Amerykanie płacą Kirgizom każdego roku dość sporo za możliwość posiadania tej bazy, poza tym na przykład za każdy przelot samolotu wojskowego Kirgizi dostają 10 tysięcy dolarów. Poza tym mnóstwo miejscowych pracuje dla amerykańskiego wojska, zarabiają całkiem sporo i mają niezłe możliwości rozwoju. Dla porównania Rosjanie, którzy też mają tutaj swoją bazę, nie płacą zupełnie nic i w ogóle nie są otwarci na współpracę z Kirgizami. Wszystkie stanowiska, nawet te niewymagające szczególnych kwalifikacji, powierzane są Rosjanom. Nie jestem jakąś zagorzałą fanką USA, a już na pewno nie amerykańskiej polityki zagranicznej, jednak myślę, że realnie rzecz biorąc taki Kraj jak Kirgistan chyba nie powinien sobie pozwalać na taki krok. Tak czy inaczej, konsekwencje wyborów prezydenckich już widać.
Dzień pięćdziesiąty pierwszy
Dziwne uczucie, dostać dramatycznego smsa mówiącego o tym, że po pracy mam iść prosto do domu i pod żadnym pozorem nie wychodzić. Has the revolution just began? Nie sądzę. Nie mniej jednak trochę ciężko mi było na początku. Byłam sama w domu, szykowałam się do pracy, nie było Internetu więc nie mogłam sprawdzić co tak naprawdę się dzieje. Co więcej jednemu z moich Niemców szef kazał wyjść z pracy wcześniej i też siedzieć w domu. Niemniej jednak do pracy poszłam i niczego dziwnego po drodze nie zauważyłam. Może trochę więcej policji, ale poza tym całkiem normalnie, nic się nie dzieje. Fałszywy alarm. Nasi kirgiscy bracia po prostu wolą nas chronić przed potencjalnym zagrożeniem niż potem żałować, że czegoś nie dopilnowali. Zacna postawa, chociaż trochę denerwująca, ale ok, nie protestujemy. W sumie jeśli miałoby dojść do zamieszek to byłyby one wywołane przez nacjonalistów, którzy wybory przegrali, a oni jak wiadomo obcokrajowców ze zgniłego zachodu nie cenią zbytnio, czemu w sumie dziwić za bardzo się nie można.
W każdym razie wciąż czekamy, wieczory spędzamy w domu, mamy zapas zupek chińskich i makaronu, więc przeżyjemy. W oczekiwaniu na rewolucję nakręciliśmy z moim ulubionym Niemcem film o tym, jak umierają przedmioty pozbawione dopływu energii elektrycznej. Zupełnie mnie zaskakuje jak wiele rzeczy można zrobić, kiedy nie ma się Internetu na stałe i nie marnotrawi się czasu na siedzenie na fejsie. Przeniosę to chyba do Polski.
Dzień pięćdziesiąty
Wybory. Od rana wyczekiwaliśmy, że coś się wydarzy, że nastąpi jakiś mniejszy albo większy dramat. Naprawdę można popaść w paranoję, kiedy tak się czeka na potencjalną rewolucję. Przy śniadaniu słyszeliśmy jakieś dziwne krzyki dochodzące z parku, przy którym mieszkamy. Może to zwykłe żarty nastolatków, a może początek zamieszek? Potem wyłączyli prąd. W sumie zdarza się to tutaj często, ale może to rząd próbuje odciąć demonstrantów od świata? Dobra, większość tych naszych rozważań nie była całkiem na serio, robimy sobie z tej całej sytuacji żarty, ale też nie mamy do końca pewności, że to się zdarzyć nie może.
Koło południa wybraliśmy się na rekonesans. Nasza dzielnica wyglądała spokojnie, ludzie nie sprawiali wrażenia jakoś szczególnie przejętych, zatem postanowiliśmy zapuścić się na przedmieścia. To zabawne, mieszkamy w centrum (właściwie to centrum akademickie, wszystkie prawie uniwersytety mają tutaj swoje siedziby, coś jak Grunwald we Wrocławiu), ale około trzydziestominutowy spacer wystarczy, żeby być za miastem, prawie u samego podnóża tych niesamowitych gór. Teraz kiedy spadł śnieg to wszystko wygląda jeszcze lepiej. Biszkek zimą jest co prawda bardziej przygnębiający, ale góry sprawiają wrażenie jeszcze bardziej tajemniczych i niedostępnych niż zwykle, co zdecydowanie uważam za fascynujące. Nie mogę się doczekać początku sezonu snowboardowego, będzie się działo.
Zanim jednak to nastąpi, poczekać trzeba nam na wyniki wyborów i rozwój sytuacji politycznej. Jako że nie przestaję być politologiem to nie mogłam sobie odpuścić i poszłam zobaczyć jak wygląda głosowanie. Zdziwiła mnie ilość policji i obserwatorów szukających nieprawidłowości. Chyba trochę im zamieszaliśmy w głowach, bo mimo że staraliśmy się nie wyglądać na obcokrajowców to chyba się nie udało, kilka uwag nam się po angielsku wyrwało i widzieliśmy jak patrzą na nas i odnotowują coś w swoich mrocznych zeszytach. Ciekawe czy wyglądamy bardziej jak młodzieżówka CIA czy KGB.
Samo głosowanie wygląda dużo bardziej chaotycznie niż u nas. Trzeba stać w dwóch czy trzech kolejkach których sensu nie pojmuję za nic, wszystko to trwa dosyć długo i wygląda, że nikt nad tym nie panuje. Niby są tutaj listy wyborców, ale mimo wszystko kciuk każdego głosującego zostaje pomazany specjalną farbą, żeby zapobiec głosowaniu w kilku miejscach. Cóż, może to nie jest szczyt wyrafinowania i technologii, ale w sumie proste rozwiązania są najlepsze.
Do wieczora już nic się nie wydarzyło, ale moment krytyczny będzie chyba dopiero około środy, kiedy poznamy oficjalne wyniki. Pozostaje zatem czekać.
poniedziałek, 31 października 2011
Dzień czterdziesty dziewiąty
Jutro wybory, czuję się podekscytowana. Niby mało prawdopodobne, że coś się wydarzy, ale i tak trochę dziwnie żyć w mieście, w którym lada chwila wydarzyć się może rewolucja. Trochę sobie z Kirgizami debatuję o tutejszej sytuacji politycznej. Zasadniczo wszyscy moi znajomi z Biszekeku zamierzają głosować na jednego kandydata, obecnego premiera Atambajewa. Zasadniczo nikt nie uważa, że jest to jakichś szczególnie dobry wybór, jednak uważają, że głosując na niego wybierają mniejsze zło. Powszechnie uważają go za nieudacznika, jednak jest to nieudacznik bezpieczny, bo już znajomy. Podczas dwóch ostatnich rewolucji walczył czynnie przeciwko reżimowi poprzedniego prezydenta, Bakijewa. Przyczynił się też do uchwalenia obowiązującej konstytucji i zmiany systemu z prezydenckiego na parlamentarny. Zasadniczo zatem wiadomo, że będzie kontynuował obecną linię polityczną i nie wprowadzi jakichś radykalnych zmian, a w szczególności nie będzie próbował przywrócić przedrewolucyjnego porządku. Mimo wszystko Kirgizi nie wiążą z nim jakichś wielkich nadziei, jest po prostu postrzegany jako szansa na jako taką stabilizację i spokój. Dwóch pozostałych liczących się kandydatów uważanych jest za nacjonalistów. Jeden z nich ma bardzo poważne powiązania z mafią, a drugi był ministrem do spraw nadzwyczajnych za czasów poprzedniego prezydenta. Obaj chcą rewizji konstytucji i mają zapędy dyktatorskie. Obaj też chcą żeby Kirgistan był bardziej kirgiski, co wydaje się szczególnie niebezpieczne w kraju, gdzie tyle jest mniejszości narodowych. Wydaje się jednak, że żaden z nich nie zdoła wygrać, o ile oczywiście wybory zostaną przeprowadzone uczciwie, co wcale takie pewne nie jest. Dwa dni przed wyborami państwowa komisja wyborcza miała problemy z ustaleniem faktycznej liczby uprawnionych do głosowania. Liczba ta wahała się od 2,5 to 3 milionów. W kraju tak małym jak Kirgistan pomyłka rzędu pięciuset tysięcy wyborców wydaje się wręcz niemożliwa. Ciężko też uwierzyć, żeby tak poważny organ jak państwowa komisja miała tak poważne problemy z liczeniem i to na dwa dni przed wyborami, które zdecydują o losach kraju. No cóż. Zobaczymy.
Kirgistan żyje wyborami, ale też obchodami Helloween. Dla mnie to pierwszy raz, kiedy udałam się na imprezę z tej okazji i to tylko dlatego, że była to impreza firmowa i musiałam pójść. Żałuję z całego serca. To, co się tam działo, jest nie do opisania. To było moje pierwsze pracownicze party i teraz wiem na pewno, dlaczego ludzie tak nie cierpią podobnych imprez. Mój szef wynajął dom, mniej więcej taki jak nasze mieszkanie, czyli salon i kuchnia na dole i sypialnie na górze. Pokoje na górze oczywiście służyły za gniazdka miłości dla spragnionych wrażeń. Dobra, może jestem stara i konserwatywna, ale się oburzam. Byłam rok na Erasmusie, ale takich rzeczy jak tu to nie widziałam. Impreza była dla uczniów, nauczycieli i menagerów. Sam pomysł nie wydawał się taki zły, jednak realizacja – masakra. Po pierwsze nie popieram picia wódki z własnymi uczniami, którzy mają na oko lat piętnaście. Po drugie w ogóle nie mieści mi się w głowie jak można nawiązać romans z ludźmi, których się uczy. Po trzecie nie ogarniam zupełnie, jak można taki romans uskuteczniać zupełnie otwarcie na oczach współpracowników. Chociaż może to wcale nie jest takie dziwne, większość ludzi widząc nauczyciela obmacującego dwudziestoletnią uczennicę reagowali entuzjastycznie i gratulowali mu osiągnięcia. Żal. Normalnie trafiłam na orgię, co może normalnie by mnie nie ruszało, ale postanowiłam nie pić i doszłam do wniosku, że na trzeźwo takie rzeczy są nie do zniesienia. Chyba jednak dorastam albo się starzeję, bo to co się tam działo nie wydawało mi się ani zabawne ani fajne. Zasadniczo tak bardzo się oburzam, bo to obrazuje jak wielka hipokryzja tutaj panuje. Na co dzień na zajęciach nie mogę nawet wymówić słowa „seks” bo się bulwersują, a jak przychodzi co do czego to się zachowują jak psy spuszczone ze smyczy. Na co dzień tyle mówią o tym, jak ważna dla nich jest rodzina, a na imprezie widziałam przykładnego ojca i męża całującego się z jakąś małolatą. Nie twierdzę, że w Polsce czy w Europie jest inaczej ani że jesteśmy lepsi od Kirgizów. Po prostu nie rozumiem, po co ta cała gadka o tym, jak bardzo są moralni i wierzący.
Dzień czterdziesty ósmy
Na dworze zimno i ciemno, a u nas w mieszkaniu kolejna tragedia. Za dobrze nam się powodziło ostatnio. Pralka, lodówka, takie zbytki. Jedno z nas chyba nie wytrzymało życia w takim luksusie i postanowiło uśmiercić czajnik, próbując zagotować pustkę. Okrutna śmierć dla czajnika, a i podłoga trochę się podwędziła. Zasadniczo bardzo nas to zasmuciło, sama nie wiem dlaczego aż tak bardzo, ale naprawdę atmosfera zrobiła się grobowa. Wszyscy wokół czajnika się zgromadziliśmy i urządziliśmy mu pogrzeb przy akompaniamencie naprawdę przejmującej muzyki (zawsze wiedziałam, że kiedyś nadejdzie moment kiedy Sigur Ros będzie pasować :D). Powstał nawet film dokumentujący naszą żałobę, jest naprawdę przejmujący, bo naprawdę wyglądamy na cierpiących, zwłaszcza kiedy rytualnie pijemy ostatnią herbatę, którą udało nam się za pomocą zmarłego czajnika przygotować. Naszła mnie po raz kolejny refleksja, że dobrze, że z tymi ludźmi mieszkam, bo świetnie rozumieją mnie i moją potrzebę odreagowywania stresów w dziwny sposób. Bez pogrzebów czajników, rytualnego i naukowego liczenia ziemniaków wysypanych na klatce schodowej oraz tańców w marszrutkach Biszkek nie byłby dla mnie tym samym.