Wybraliśmy się dzisiaj na
poszukiwanie barowej siedziby naszego mieszkaniowego kolektywu. Dosyć mamy już
siedzenia na kwartirze, trzeba znaleźć jakąś obskurną, tanią melinę, najlepiej
taką, w której w ogóle nie ma obcokrajowców. Jedyna obowiązująca zasada – im gorzej,
tym lepiej. No, może jeszcze, żeby blisko do domu było, bo te mrozy nas trochę
odstraszają. Było kilka nieudanych prób, ale niestrudzenie przemierzaliśmy
naszą długą ulicę. Wreszcie naszym oczom ukazała się wielka, drewniana buda o
nazwie „Solone orzeszki” i gigantycznym kuflem piwa na szyldzie. To musi być
to! Wnętrze nas zaskoczyło. Było naprawdę elegancko, obrusy, krzesła pokryte
białą tkaniną (jak na wesele!), parkiet, didżej, kelnerki w mundurkach, klasa. Kilka
par po czterdziestce pląsających w rytm lokalnych przebojów. Nie mogę sobie
wyobrazić miejsca, w którym wnętrze tak bardzo nie współgrałoby z „zewnętrzem”
jak w tym wypadku. Zatem wydawało nam się, że naprawdę znaleźliśmy nasz
okropny, „w ogóle nie cool” bar. Wszystko było idealnie, dopóki miła pani nie
przyniosła nam rachunku. Piwo samo w sobie było tanie, ale oczywiście dopadły
nas ukryte koszta. Tak to tutaj się robi. Dziesięć procent napiwku doliczone automatycznie.
To mogę zrozumieć. Zaskoczyła mnie jednak opłata za słuchanie muzyki i za
możliwość użytkowania parkietu. Uwielbiam jednak Kirgizów i ich
przedsiębiorczość, na wszystkim można tu zrobić interes. Cóż, chyba trzeba
będzie zacząć szukać nowej meliny.
niedziela, 8 stycznia 2012
Dzień sto piąty
Po serii spektakularnych wtop w
tym roku wreszcie jakieś pozytywy. Byłam w pracy. Dostałam z powrotem moje
ulubione grupy. Tęskniłam za nimi, naprawdę. I naprawdę było mi miło, że oni
tęsknili za mną, że jeden z nich specjalnie poprosił, żebym to ja miała z nim
indywidualne zajęcia. Mam satysfakcję, nie ukrywam. Chociaż oczywiście, pewne
rzeczy się nie zmieniają. Mój „ulubiony” uczeń wciąż mnie kocha, wciąż chce się
ze mną ożenić i zrobić ze mnie muzułmankę. Niedoczekanie. Dzisiaj pierwszy raz
po powrocie przypomniałam sobie tak dobitnie, jaki to jest specyficzny kraj. Zapytałam jedną dziewczynę, o największe
marzenie na przyszły rok. Odpowiedziała, że jedyną rzeczą, którą pragnie, jest
to, żeby jej starsza siostra znalazła męża. Ma już bowiem dziewczyna (czy
raczej – stara kobieta) lat 33. Kiedy poprosiłam dziewczynę, żeby mi to jakoś
uzasadniła, spodziewałam się, że znowu usłyszę to samo – że kobieta bez męża
nie może być szczęśliwa, że przecież trzeba mieć rodzinę, że inaczej nie można,
że rodzice cierpią itp. Odpowiedź mnie jednak zaskoczyła. Otóż nieposiadanie
męża (= dziewictwo, wiadomo) szkodzi zdrowiu. Z lekkim rumieńcem dziewczę
stwierdziło, że przecież trzeba, że „te sprawy” i że generalnie siostrze
hormony na mózg się rzuciły. Prawda to pewnie, ale się nie spodziewałam, że coś
takiego tutaj usłyszę. Smutne to. Kobieta zapewne sukcesy na wielu polach osiąga,
ale i tak jej nikt nie traktuje poważnie, bo – uwaga uwaga – nikt jej nie
rucha. Sorry za wulgarność, ale czasami jestem w zbyt dużym szoku, żeby dbać o
poprawność, styl i język. Ciężko być kobietą w tak patriarchalnym społeczeństwie.
Dzień sto czwarty
Wciąż nie pracuję. Wciąż nie mamy
Internetu. W oczekiwaniu na rewolucję obejrzeliśmy wczoraj pięć filmów (w tym
jeden z Ryanem Goslingiem, ha!). Postanowiliśmy się jednak ogarnąć i bardziej towarzysko
rozwinąć. Zorganizowaliśmy się zatem i
zarządziliśmy akcję „wyjdź do ludzi, poznaj nowych przyjaciół”. Byliśmy w
kawiarni (miałam atak śmiechu, ale nikogo poznać się nie udało). Potem poszliśmy
ze znajomą Kirgizką do kina na – biczuję się, naprawdę – Alwin i wiewiórki 3 z
ruskim dubbingiem. Coraz gorzej ze mną. Potem pojechaliśmy do baru, spotkaliśmy
tam się z trójką znajomych Amerykanów. Piwo marki Brahma (ach, te wschodnie
klimaty nie robią mi dobrze) sprawiło, że zamiast zyskiwać nowych przyjaciół,
przez dwie godziny dzieliłam się moimi teoriami na temat tego, co myślę o
Amerykanach i ich zdolnościach intelektualnych. Niedobrze, niedobrze. No ale
przecież pamiętam, raz grałam z jednym ziomem zza Atlantyku w grę, w której trzeba
było klikać na stany w Stanach i nie pokonał mnie, o nie! To chyba coś znaczy,
czyż nie? Tak sobie racjonalizuję, że z siebie zrobiłam debila, bo jednak
wmawianie członkom Korpusu Pokoju, że ich nie interesuje świat jest przesadą,
kurde. Po wszystkim ładnie przeprosiłam i chyba jest ok. Limit jednak
społecznych porażek już wykorzystałam w tym roku. Koniec tego.
Dzień sto trzeci
Tropienia mrocznej strony Biszkeku
ciąg dalszy. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że według różnych mądrych politologów
i internacjologów (dziwne słowo, zaiste) Kirgistan jest jednym z miejsc, wktórym w 2012 może wybuchnąć wojna. Generalnie się z tym nie zgadzam i uważam
to za mało prawdopodobne, ale tak czy inaczej ziarno niepewności zostało
zasiane. Trochę sobie z tego robimy żarty, ale trochę popadamy w paranoję. Znowu
szukamy znaków i symptomów rewolucji. Nawet nam się to układa w logiczną
całość. Po pierwsze nie mamy Internetu (odcinają nas od świata, niedobrze). Po
drugie nasz współlokator, który Internet naprawić mógłby, nie odpowiada na
telefony. Niby nic, ale ostatni raz był widziany w Osz, a tam jak wiadomo
rozpoczynają się wszelkie rozruchy i rewolucje. Po trzecie nikt z nas nie pracuje.
Nie wiadomo właściwie dlaczego. Ja codziennie wieczorem dzwonię do szefa i
dowiaduję się, że następnego dnia mam zajęcia. Potem około południa dostaję
telefon, że jednak nie, ale że na pewno jutro. Zawieszenie i chaos, a chaos
zawsze oznacza kłopoty. Wreszcie po czwarte i najważniejsze, w sklepach
zabrakło lebioszek, czyli tradycyjnego środkowoazjatyckiego okrągłego chleba. Kiedy
nie ma lebioszek to już naprawdę znaczy, że koniec świata jest bliski. Tak to
wszystko piszę półżartem, ale prawda jest taka, że od tej bezczynności już
trochę wariuję (tak wiem, pracoholizm zaawansowany). Poza tym czuję się
zmanipulowana przez media. Jest to banał nad banały (jak wszystko co ostatnio
mam w głowie), ale czuję, że moje postrzeganie rzeczywistości zależy od tego,
co czytam, zwłaszcza jeśli jest to napisane przez Mądrych Ludzi (wiadomo, siła
autorytetu). Niby analizuję, niby odsiewam, niby przemyślenia jakieś mam, ale
koniec końców i tak tropię rewolucję, bo się naczytałam dziwnych rzeczy.
Dzień sto drugi
Po przeżyciach dnia poprzedniego
dzisiaj czas na odrobinę spokoju. Postanowiłam dać sobie trochę wytchnienia od
moich współlokatorów i udałam się na spacer. Samotny. Miałam ambicję, żeby z
mojej dzielni dojść do centrum, czyli do głównego placu, Ala-Too. Ala-Too
bowiem stanowi swoiste centrum życia tego miasta, można tam sobie na ławeczce
przysiąść, obserwować grające fontanny (sezon letni) albo performance z
udziałem Dziadka Mroza (sezon zimowy). Można też oczywiście obserwować ludzi,
którzy również na ławeczkach sobie przysiadają i zajadają watę cukrową lub
popcorn. Wszystko to można zrobić, jeśli oczywiście uda się uniknąć śmierci pod
kołami rozpędzonej marszrutki. W centrum ulice są naprawdę szerokie
(przypominają mi trochę gigantyczne arterie Bukaresztu) a przejście z jednej
strony na drugą to naprawdę wyzwanie. Tak czy inaczej byłam gotowa się go
podjąć i udać się na wspomniany plac pieszo. Wiedziałam, że to w sumie trochę
daleko, ale w sumie uznałam, że może być z tego jakaś przygoda, no i nie będę
musiała korzystać z tej upiornej komunikacji miejskiej. Z resztą Biszkek ma to
do siebie, że topograficznie nie jest zbyt skomplikowany. Bardzo długie aleje,
poprzecinane pod kątem prostym mniejszymi ulicami. Nie ma wąskich, dziwnych
uliczek, nie ma zaułków, tajemnic nie ma. Jedynie monotonny krajobraz – stacja
benzynowa (koniecznie Gazprom), supermarket (tylko Narodnyi) i fastfood
(oczywiście Begemot). Wydawałoby się, że nie można się zgubić. Mnie oczywiście
się udało. Doszłam do skrzyżowania jednej długiej alei z drugą, wiedziałam, że
cel jest blisko, ale gdzie? Gdzie dokładnie? Do wyboru prawo, lewo albo prosto.
Oczywiście udało mi się dopiero za trzecim razem. Taki miły spacer miał być,
ale po raz kolejny okazało się, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż
się wydaje. Aż mi to wjechało na ambicję, bo przecież nie możliwe, żebym się w
takim prostym mieście zgubiła, no bez przesady. Przecież jakąś tam orientację w
terenie mam. (Lata temu, gdzieś w Hiszpanii: „Bzim, według mapy po prawej
powinien być kościół, a po lewej szpital. Nie ma? Do dupy ta mapa, na pewno
dobrze idziemy”). W końcu się udało, satysfakcję miałam nieziemską. Chociaż
szczerze mówić trochę mi to zajęło, aż współlokatorzy zaczęli się martwić, że
zniknęłam na tak długo. Piszę o tym głównie dlatego, że po powrocie chciałam
sobie szlaki moich wędrówek skonfrontować z mapą gugla i przypomniało mi się o pewnej
ciekawostce odnalezionej przez Michała M. Otóż Biszkek oglądany z góry to ni
mniej ni więcej, tylko miasto szatana! Przy tym wszystkie żyły wodne,
tajemnicze cieki i bioprądy wysiadają. Oto rozwiązanie zagadki, teraz już
wiadomo co w tym mieście takiego jest, że życie wydaje się bardziej zagmatwane
niż w innych częściach świata!
Dzień sto pierwszy
Dzisiaj o dobrych chęciach i o
tym, gdzie można sobie je wsadzić, czyli jak idzie mi realizacja noworocznych
postanowień oraz o pierwszej tegorocznej katastrofie.
Życie pod jednym dachem ze
współlokatorami jest trochę jak związek romantyczny. Początki bywają nieśmiałe, bo chcemy się polubić, ale do końca nie wiemy jak się za to zabrać i
czy nasze chęci zostaną odwzajemnione. Potem jest faza euforii. Jacy oni
wszyscy są cudowni, najlepsi na świecie, mega ekipa! Później nagle się okazuje,
że jednak nikt ideałem nie jest i jakieś wady wychodzą na jaw. Dopada nas proza
życia. Niektórzy lubią sprzątać bardziej, inni mniej (kto zgadnie, do której
kategorii należę?), niektórzy wstają o 7 rano, a niektórzy o 7 rano chodzą
spać. Różnica wieku też mimo wszystko daje o sobie znać. Teraz pytanie, co się
z tymi nowoodkrytymi irytującymi drobnostkami zrobi. Można przegadać, obiecywać
poprawę, albo olać i mieć to wszystko gdzieś, skoro życie to coś więcej niż
niepozmywane garnki. Chyba po prostu trzeba zaakceptować, że się różnimy i że
to naprawdę niemożliwe, żebyśmy żyli tutaj w 7 osób i wszyscy wszystkich lubili
tak samo, zawsze będą się tworzyć jakieś grupy i nie ma na to rady, naturalny
to proces wszakże. Nie oburzam się więc, ale trochę cierpię. Dwóch moich
ulubionych współlokatorów jeszcze ze świąt nie wróciło. Troje poszło na
imprezę, taką trochę nie w moim klimacie, ale i tak raczej bym się nie
przyłączyła, gdyż postanowienie nr 1. mówi „mniej imprez, mniej szaleństw,
mniej alkagolu”. Ostatni ze współlokatorów szedł na kolację, na którą mogłabym
nawet pójść, gdyby nie fakt, że miał tam być facet, z którym połączyło mnie
zjawisko znane jako piorun z jasnego nieba, w niektórych kręgach określane jako
pierdolnięcie. Motylki, przesadna egzaltacja, te sprawy. Postanowienie nr 2.
mówi jednak „więcej mózgu, mniej serca porywów”, toteż zadecydowałam, że lepiej
będzie spędzić spokojny, samotny wieczór w domu. Było idealnie! Skończyłam
czytać „Imperium”, obejrzałam politologiczne „The Ides of March" (tak, wiem że Ryan
Gosling jest teraz obiektem westchnień milijona kobiet, ale ja go pokochałam
już za „Lars and the real girl”) oraz przeuroczy, przewspaniały film, który
dostałam w prezencie urodzinowym (jakie to cudowne dostawać prezenty od kogoś,
kto wie co lubię, dobrze mi!). Właśnie kiedy w tym błogim nastroju szykowałam
się do snu, zdarzyła się katastrofa. Wróciła jedna z moich współlokatorek w
towarzystwie swojego chłopaka. Oboje byli w stanie mocno wskazującym. Bardzo
mocno. Poszli na górę, okupować nasz pokój. Trochę mnie to wyprowadziło z
równowagi, ale nic no, dalej jestem kwiatem lotosu, keep calm i tak dalej.
Kiedy już naprawdę chciałam iść spać, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i
po prostu pana grzecznie wyprosić. Na górze jednak oprócz alkagolowego odoru i
odgłosów pijackiego chrapania uderzył mnie widok gołej dupy. Tym sposobem mój
spokój został zburzony kompletnie, chyba będę mieć traumę nawet. Podzieliłam
się esemesowo nieszczęściem ze współlokatorem będącym na imprezie i odpowiedzi
usłyszałam tylko krótkie „przyjedź tu!”. Dramatyczny wybór: 1. spać w jednym
pokoju z obcym, pijanym chłopem; 2. spać w salonie na kanapie (niewygodnie, a i
zasnąć pewnie byłoby trudno bo mi ciśnienie skoczyło); 3. pójść do klubu i złamać
postanowienia, bo po pierwsze to było nie było impreza, a po drugie groziło mi
dzielenie przestrzeni z obiektem „pierdolnięcia”. Mimo wszystko trzecia opcja
zwyciężyła. Najlepiej jednak nie było, dość, że taksówkarz wziął mnie
prostytutkę (ale luksusową, żeby nie było!), a na miejscu obiekt „pierdolnięcia”
ukazał mi się w stanie wskazującym na bliskie stosunki z tą dziwką, tequilą. Życie,
no. Będzie lepiej.
niedziela, 1 stycznia 2012
Dzień setny
Sylwester świętowaliśmy u nas na
kwartirze. Było epicko, nie ma co do tego wątpliwości. Chociaż pisać w sumie za
bardzo nie ma o czym, bo te pijacko-towarzyskie ekscesy były co prawda śmieszne
i momentami nawet porywające, jednak próba opisania tak, aby były interesujące
dla osób postronnych jest z góry skazana na porażkę. Zatem sobie daruję. Tym
bardziej, że podczas tej „wyjątkowej nocy” nie przyszły mi do głowy żadne warte
uwagi refleksje na temat życia społecznego czy też natury świata w ogóle.
Jedyne co mnie uderzyło, nie po raz pierwszy z resztą, to ignorancja
Amerykanów, ale o tym też nie będę pisać, bo ten blog i tak jest już momentami
zbyt rasistowski i pełen uprzedzeń. W tym roku zatem może postaram się pisać
jakoś bardziej politycznie poprawnie i pozytywnie. Będę szukać w ludziach
dobra, o tak! Powinno to być chyba kolejne postanowienie do mojej magicznej
listy. Zaraz obok tego, że obcokrajowcom jednak nie można dawać Żubrówki.
Jednak moje rumuńskie doświadczenia niczego mnie nie nauczyły. Pamiętam jak w
tamtym roku poważni i stateczni rumuńscy pracownicy banków i korporacji raczyli
się tym polskim trunkiem. Straty na kwartirze były ogromne (wyrwanie umywalki
ze ściany do tej pory wzbudza mój podziw), a z łazienki przez kilka godzin
dochodziły dźwięki tak okrutne, jakby na kimś odprawiano co najmniej
egzorcyzmy. Chociaż w sumie impreza miała też dobre skutki, i to całkiem
długofalowe – jeden z obecnych tam gości do dzisiaj nie tyka alkoholu. Tak czy
inaczej, w tym roku nie było aż tak dramatycznie, ale co poniektórym wyraźnie
żubróweczka nie posłużyła. Jednakże jak wiadomo, Sylwester bez ofiar to
Sylwester nieudany, zatem nie ma co marudzić. Zasadniczo podobało mi się.
Odbyłam kilka ciekawych rozmów, poznałam kilku interesujących ludzi, zawarłam
noworoczny deal z moim osobistym kirgiskim prorokiem (tym, który miał wizję, że
moje życie się zmieni do lutego dramatycznie, i to na lepsze!) i nawet zgodnie
z lokalną tradycją odprawiłam zabobon polegający na paleniu kartki, na której
zapisane są życzenia na nowyj god oraz spożywaniu popiołów pozostałych po
tejże. No dobra, może nie było tak do końca zgodnie z tradycją, bo zamiast o
północy zrobiliśmy to o 3, a
popioły zamiast z szampanem piliśmy z herbatą, ale chyba się liczy. Tak czy
inaczej mam nadzieję, że ten nowy rok, w którym to podobno nastąpić ma koniec
świata (Majowie przepowiedzieli w końcu) jak i mój osobisty koniec tudzież
przełom (bo jak wiadomo kończę w tym roku lat – uwaga uwaga – 25), będzie
trochę lepszy od poprzedniego, trochę spokojniejszy i że ja sama trochę mniej
neurotyczna będę, o tak. Tego życzyć mi należy. Z Nowom Godom!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
