czwartek, 24 listopada 2011
Dzień siedemdziesiąty piąty
środa, 23 listopada 2011
Dzień siedemdziesiąty czwarty
Zimno. Pada pada. Zimno. I piździ. Pamiętam taki zaśpiew ze studiów. Teraz sprawdza się idealnie, bo pogoda w Biszkeku jest naprawdę przeokropna. Mnie ten deszcz zasadniczo odbiera energię, ale na życie lokalnych warunki pogodowe wydają się nie mieć wpływu. Dzisiaj o dziesiątej rano na moim podwórku, na samym środku placu zabaw siedziała sobie w tym zacinającym deszczu grupka policjantów i raczyła się wódką. Niebieskie toporne mundury, futrzane czapki i alkohol pity z gwinta, chyba mógłby to być kadr z filmu o PRLu. W każdym razie scenka bardzo przypominała mi alkoholowo-błotnisto-deszczowe klimaty tak lubiane przez Smarzowskiego. W ogóle to obejrzałabym jakiś polski film, z polskimi przekleństwami i z polskimi suchymi żartami. Bo już mam trochę dość chińskich gniotów z ruskim dubbingiem, ech.
Dzisiaj wydarzył się cud niemalże. Udało mi się opanować moją najgorszą grupę. Co prawda z czterech najbardziej rozwydrzonych dzieciaków przyszło tylko dwóch, ale i tak jestem w szoku, że tak dobrze się zachowywali. Szkoda, że wcześniej nie wpadłam na to, że wystarczy im puścić piosenkę. Muszę przyznać, że nie tylko nie gadali, ale nawet wyrazili coś w rodzaju entuzjazmu. Zaiste muzyka łagodzi obyczaje. Zachęcona takim sukcesem pedagogicznym postanowiłam wypróbować tę metodę z pozostałymi grupami. Skutkiem tego wysłuchałam Pretty Woman dwieście pięćdziesiąt trzy razy i na wspomnienie Julii Roberts robi mi się słabo. Przytaczam ten fakt na swoje usprawiedliwienie, bo znowu zachowałam się nieprofesjonalnie. Ale pytam, jak po czymś takim (przypominam, Roy Orbisom przez siedem godzin) można zachować powagę i równowagę emocjonalną? Zatem znowu wyśmiałam moich uczniów, mojego ulubionego policjanta wyśmiałam straszliwie. Popłakałam się i chyba nawet poplułam, podczas gdy dziesięciu dorosłych facetów patrzyło na mnie jak na osobę lekko niezrównoważoną, bo oczywiście nikt nie zrozumiał o co mi chodzi. Chyba jednak mogę sobie to wybaczyć, bo wydaje mi się, że jest to naturalna reakcja kiedy człowiek słyszy wypowiedziane najpoważniej na świecie wyznanie o treści „I eat testicles for breakfest”. Litości. Google translate fail w najlepszym wydaniu.
wtorek, 22 listopada 2011
Dzień siedemdziesiąty trzeci
Niebezpiecznie dryfuję w stronę zmiany mojego statusu z „zachodni specjalista” na „nielegalny imigrant”. Wiza mi się kończy za dwa tygodnie. Niby to nic takiego, niby to prosta sprawa. Paszport, zdjęcie, podanie, urząd, 10 dolarów, załatwione. W teorii. W praktyce wygląda to jakoś koszmarnie skomplikowanie. Albo tylko ludzie to takim czynią, nie wiem. Organizacja odpowiedzialna za mój pobyt tutaj, zwana szumnie Local Committee, szczerze mówiąc ssie. Niczego nie wiedzą, niczego nie ogarniają, i najbardziej chyba chcieliby, żebym sama sobie ze wszystkim poradziła. Co zasadniczo robię i przeważnie wychodzę na tym bardzo dobrze, wszyscy zatem w sumie są zadowoleni. Niemniej jednak wizy ogarnąć nie mogę sama, a oni nawet nie są w stanie ustalić do jakiego urzędu należy z tym milionem dokumentów pójść. Po serii moich upierdliwych telefonów udało mi się jednak zorganizować wyprawę mającą na celu poznanie tajników działania kirgiskiej biurokracji. Mam nadzieję, że się przygotują i że uda to się załatwić w jeden dzień, bo szczerze mówiąc nie stać mnie, żeby brać wolne tylko po to, żeby się tułać po policjach i tłumaczyć zawiłości mojego życia. W pracy się trochę pożaliłam, że trochę mi ciężko to załatwić i że może by mogli mi pomóc, bo ja nie chcę, sztoby ani mnje zdjelali deportacju nach Polsza. Menagerom jak zwykle jednak dopisują humory, sprzedali mi zatem kolejną serię złotych rad w postaci oferty matrymonialnej („jak nie dadzą ci wizy to się pobierzemy i będzie wparjatkie”) albo radośnie wyrażonej gotowości do pośredniczenia w dawaniu łapówki. Z moich pieniędzy oczywiście. W sumie to ostatnie to chyba nie jest taka najgłupsza rada, pewnie tak się skończy, co mnie niesamowicie boli, bo przecież tak im staram się tłumaczyć, że system jest zły, że zmieniać trzeba od podstaw, że korupcja rozwiązaniem nie jest i inne takie zachodnioeuropejskie dyrdymały, w które w swojej naiwności szczerze wierzę. No zobaczymy czy okaże się, że ideały ideałami, a życie życiem. Może zdecyduję w ramach walki ideologicznej dać deportować albo zostać nielegalnie w Kirgistanie do końca życia.
Post mi wyszedł lekko dramatyczny, biczuję się. Tak naprawdę wcale tak źle nie jest, deportacji pewnie nie będzie, ja po prostu lubię sobie czasem poprzesadzać i poodstawiać drama queen, no ale to wiadomo nie od dziś.
poniedziałek, 21 listopada 2011
Dzień siedemdziesiąty drugi
Większość moich uczniów jest dla mnie niesamowicie miła. Przynoszą mi snikersy i czekoladę, dają prezenty, prawią komplementy. Przeważnie słyszę, że to fajne, że taka wysoka jestem, albo że oczy mam zielone, że wyglądam ładnie, i żebym się nie martwiła bo bez problemu znajdę męża. Milutko i uroczo. Czasem jednak usłyszę coś takiego, co mnie potem przez tydzień zastanawia. Dzisiaj na przykład dowiedziałam się, że wyglądam jak Биктор Цой i za cholerę nie wiem, czy to komplement był czy wrzuta.
Dzień siedemdziesiąty pierwszy
Dzisiaj spędziliśmy cały dzień na kręceniu filmu, który chcemy wysłać na lokalny festiwal. Nie wiem, czy to wyjdzie, ale zabawa była świetna. Film opowiada o przygodach smutnego mleczarza wyciętego z kartonu po mleku. To wiekopomne dzieło wymagało pójścia w plener, na który to plener tradycyjnie wybrany został nasz ulubiony park, który też jest ulubionym miejscem małoletnich żuli i tropiących ich policjantów. I właśnie policja (a właściwie to policjant i żołnierz) postanowiła skontrolować co też robimy w to upiornie zimne popołudnie. Nakryli nas siedzących na dnie nieczynnej fontanny, epicko utytłanych w błocie, trzymających w rękach butelkę kefiru i strzykawkę. Kartonowy mleczarz był oczywiście z nami. Szczerze mówiąc dziwnie się poczułam. Kopii paszportu ze sobą nie noszę, w zasadzie to kończy mi się wiza, a spotkania z policją nigdy dobrze się nie kończą, wiadomo. Dodatkowo pan na nasze uprzejme „Zdrastwujcie” odpowiedział słowem obelżywym, które moje zachodniosłowiańskie ucho rozpozna wszędzie, czyli ni mniej ni więcej zapytał „co tu państwo do chuja robią”. Ano prajekt. My artysty. Pan nakazał sobie pokazać nasze dokonania i chyba odnieśliśmy pierwszy sukces artystyczny, bo obejrzawszy roboczą wersję naszego dzieła pozwolił nam w spokoju kontynuować. Co za radość, moje pierwsze spotkanie z policją przebiegło jednak nie tak najgorzej.
Dzień siedemdziesiąty
Jak to przy sobocie, wybraliśmy się na bazar, żeby zrobić research do naszego kolejnego projektu. Tym razem nie na Dordoi, bo to jednak wyprawa, a na mniejszy rynek położony blisko centrum, czyli Oszski Bazar. Naprawdę chcieliśmy, żeby to była normalna sobota i normalne zakupy, ale nie da się. Wróciliśmy do domu z zapasem taniego słonecznika, kawałkami bawełny, słownikiem kirgisko-ruskim i paczką gwoździ. Ponadto poczyniliśmy plan zakupu komuzu (taka środkowoazjatycka gitara) dla naszej wspólnoty i uskuteczniania nauki na tym tradycyjnym instrumencie. Bardzo chcemy! W każdym razie Oszski bazar nas potraktował łaskawie, udało poczynić kroki przybliżające nas do napisania nowego artykułu a poza tym zebraliśmy trochę rzeczy potrzebnych do nakręcenia nowego filmu. Zainspirowały nas wielkie bele bawełny, wyglądają niesamowicie i wiele rzeczy dałoby się z nich zrobić. Jako że jednak oszczędzamy, postanowiliśmy kupić tylko trochę, bo w sumie z resztą po co nam cała bela. Pan sprzedawca trochę się zdziwił, kiedy na pytanie, ile nam potrzeba odpowiedzieliśmy „ciut ciut”. Potem chciał wiedzieć, na co nam dokładnie ta bawełna, uraczył nas szeregiem technicznych szczegółów i przedstawił serię potencjalnych zastosowań tego niezwykłego materiału. Umieliśmy powiedzieć tylko, że no, eee, tak o, po prostu, prajekt dzielajem. I dostaliśmy za darmo. W ogóle to niesamowicie urocze, jak tutaj ludzie nas dobrze traktują, kiedy widzą, że się staramy po rosyjsku mówić. Po lekturze bloga mojego wietnamskiego zioma, który to ziom z socjologiczną precyzją opisuje mechanizmy wykorzystywania Białasów przez autochtonów, zaczęłam się zastanawiać, jak to jest tutaj. Różnice są spore. Po pierwsze tutaj mimo wszystko nie widać, że nie jestem stąd, więc łatwo mogę wtopić się w tłum. Oczywiście wiadomo, że Kirgizką nie jestem, ale wygląd mam niezaprzeczalnie ruski, więc traktują mnie tutaj jak oczywistą pozostałość poprzedniego systemu. Po drugie tutaj „biały człowiek” mimo wszystko raczej się z wyzyskiem nie kojarzy, a uczucia wobec Rosji nadal bywają zaskakująco ciepłe. Owszem, sprzedawcy na Dordoi chętnie nas oskubią jeśli widzą, że nie znamy rosyjskiego, a taksówkarz zażąda podwójnej zapłaty. Mimo wszystko jednak ludzie są mili, bywają ciekawi naszej kultury, są cierpliwi, kiedy staramy się rozmawiać z nimi po rosyjsku. A kiedy przyznam się, że uczę się kirgiskiego, to już w ogóle wszystko dla mnie zrobią. Ostatnio tradycyjnie udałam się na kawę do cukierni niedaleko mojego biura, a jako że niczym rasowy burżuj operuję tylko grubą gotówką, to napotkałam się na tradycyjny problem pod tytułem „nie mam wydać”. No i co tu zrobić, bez kawy umrę albo przynajmniej z frustracji pozabijam moich uczniów, no tragedia gotowa. Pani sprzedawczyni jednak radośnie stwierdziła, że mnie wpiszę do zeszytu i że oddam jej przy okazji. Tak oto po raz pierwszy chyba w życiu coś kupiłam na krechę. Zadziwiające, ja bym tam takiemu obcokrajowcowi ze zgniłego zachodu nie ufała, a tu proszę.
Dzień sześćdziesiąty dziewiąty
Myślałam, że po serii wizyt w lokalnych klubach i oglądaniu w środku imprezy pokazów sukien ślubnych, nic już mnie nie zaskoczy. Jednak urocze miejsce o jakże wymownej nazwie „Golden Bull” udowodniło mi, że wszystko jest możliwe. W samym środku biby tradycyjnie rozgoniono ludzi, ogrodzono parkiet i rozpoczął się szoł. Dzisiaj główną inspiracją był cyrk. Na początku zatem mogliśmy podziwiać lekko podstarzałą i trochę już utuczoną kobietę, która jednak z zadziwiającą zręcznością wyczyniała magiczne rzeczy z hula hopem (a raczej z ich dziesiątkami). To nawet mi się podobało. Potem jednak przyszedł czas na clownów. Straszne to było, śmieszne ani trochę i trwało za długo. Człowiek może w takich chwilach dojść do wniosku, że życie to jednak absurdalne bywa i że niektórych rzeczy się po prostu ogarnąć nie da. Na domiar złego naczelny klubowy wodzirej postanowił nas do zabawy włączyć, bo przecież tak nie może być, że obcokrajowcy siedzą i się nie bawią, no jak to. Holenderska artystka od zabaw z burakami, która była z nami na imprezie, miała akurat urodziny i musiała wyjść na środek klubu, żeby wysłuchać bardzo, bardzo długiego monologu po rusku, z którego nie zrozumiała absolutnie niczego. Dramat. No, ale w sumie warto chyba było się przemęczyć, bo potem była darmowa kolejka wódki zapijana ruskim szampanem i zagryzana tortem. Na bogato, jak zawsze. Niemniej jednak klub mnie zabił, czuję się zdruzgotana i mimo mojego ostatnio opisywanego sentymentu do przaśnych imprez przyznać muszę, że tęsknię za normalną imprezą. Za bukaresztańskim Expiratem. Albo za Grawitacją chociaż. Alibi nawet, no. Pomocy.