Po ostatnim kryzysie twórczym,
kiedy to opuściła mnie ta zdradliwa dziwka wena, nie ma już na szczęście śladu.
Może to nadchodząca wiosna tak na mnie podziałała, a może fakt, że wygrałam
batalię z kirgiską biurokracją i dostałam wizę. Przyczyny pozostają nieznane,
skutki jednak cieszą, bo oto udało mi się wreszcie napisać relację z lutowej
wyprawy do Narynu, czyli Miejsca, w Którym Żyją Jaki. Tym samym mogę
ostatecznie potwierdzić, że w Kirgistanie faktycznie żyją jaki, jednak – ku rozczarowaniu
zapewnie wielu – nikt nie jeździ na nich do pracy. Więcej szczegółów znaleźć można tutaj.
środa, 7 marca 2012
sobota, 3 marca 2012
Dzień sto trzydziesty ósmy
To prawda, zaniedbałam trochę
pisanie bloga. Myślałam, że nikt nie zauważy, a tu proszę, napływają maile od
zdruzgotanych czytelników, którzy podejrzewają najgorsze. Takie czasy,
przestaje człowiek się uzewnętrzniać w internecie, to od wszyscy myślą, że
umarł. Otóż oświadczam, że żyję i mam się wbrew pozorom dobrze. Życie wirtualne
zaniedbałam, bo po pierwsze znalazłam sobie nowe pasje, które okazały się dość
czasochłonne, a że dodatkowo ciągle pracować muszę to dnia na pisanie nie
starcza. Po drugie marzec przyszedł całkiem niespodziewanie, a jak wiadomo na
początku każdego miesiąca internet u nas w domu nie rabotajet. Obiecuję jednak
się poprawić.
Dzisiaj będzie trochę o kulturze
i lokalnych (azjatyckich?) zwyczajach, których zrozumieć nie mogę, a które
doprowadzają mnie do obłędu. Po pół roku tutaj dalej nie mogę się odnaleźć i
pojąć jednego, jakże kluczowego problemu – czasu. Rozumiem już, że na spotkania
towarzyskie nie przychodzi się punktualnie. Nigdy. Nauczyłam się przyjmować spóźnienie
ledwie piętnastominutowe z radością, a nie z wyrzutem. Wiem bowiem, że mogło to
być równie dobrze minut czterdzieści, albo i godzina. Mogło też się okazać, że
czekamy w różnych miejscach. Albo, że osoba, z którą byłam umówiona postanowiła
w ogóle nie przyjść, zapomniała mnie jednak o tym poinformować. Tak czy
inaczej, wyrzuty i tak sensu nie mają, bo jedyne co mogę dostać w odpowiedzi to
stwierdzenie, że traktuję wszystko zbyt poważnie. Tak też to odbierałam na
początku. Czułam się niekomfortowo, bo wydawało mi się, że problem jest we
mnie, że to ja coś źle robię, że jakoś tych ludzi może uraziłam czy coś, że
mnie nie lubią i dlatego mnie nie szanują (bo według moich środkowoeuropejskich
norm nagminne spóźnianie się jest niczym innym jak brakiem szacunku właśnie). Przy
bliższej analizie problem wydaje się być jednak bardziej powszechny, a myślenie,
że dotyczy tylko mojej skromnej osoby byłoby kolejnym przejawem mojego „syndromu
pępka świata”. Tak więc wszyscy się z tym borykają, nie dla wszystkich jednak
stanowi to problem. Ot, takie życie, bywa. Czasem wynikają z tego dziwaczne
paradoksy. Na przykład moi uczniowie na początku nieustannie się dziwili, że
przychodzę punktualnie. Oczekiwaliby raczej, że dam im jeszcze pięć minut na
plotki czy co tam jeszcze. Ponoć wszyscy nauczyciele tak robią, co stoi w
oczywistej sprzeczności ze stanowiskiem mojego menedżera, który za każdą minutę
spóźnienia chciałby potrącać nam z pensji. W szkole gdzie uczę się kirgiskiego
też jest dziwnie. Jeśli przychodzę punktualnie, to zawsze muszę czekać na
rozpoczęcie lekcji (czasem nawet i 20 minut). Potem oczywiście zajęcia mi
przedłużają, co jest irytujące, bo spóźniam się na następne spotkania. Uznałam
w swojej naiwności, że skoro zajęcia zawsze zaczynają się kwadrans później, to
będzie ok, jeśli po prostu przyjdę później zamiast tam gnić bezproduktywnie w
oczekiwaniu. Najwyraźniej jednak kiedy ja się spóźniam, to lekcji przedłużyć mi
nie można, bo „następny student już czeka”. Cholery można dostać. Teraz jestem
już po poważnej rozmowie z moją nauczycielką i wszystko się poprawiło, zaczynam
i kończę punktualnie. Zyskałam chyba jednak opinię kłótliwej i roszczeniowej,
no i straciłam trochę nerwów dopominając się o rzeczy, które w Polsce
wydawałyby się pewnie oczywiste.
Tak to tutaj bywa, że ludzie sami
mnie gdzieś zapraszają (do siebie, na obiad, do klubu, cokolwiek), umawiamy się
na konkretny termin albo na telefon. Potem przeważnie żadna akcja nie
następuje, a kiedy sama dzwonię, żeby się upomnieć (upokarzające, zaiste), to
walę głową w ciągle ten sam mur obojętności, zdziwienia i niezrozumienia, o co
mi w ogóle chodzi. Z drugiej strony potrafią zadzwonić w niedzielę rano i
zaproponować mi wycieczkę w góry, coś w stylu „bądź za dziesięć minut w pełni
gotowa, na drugim końcu miasta”. Oczywiście odmawiam, a potem słyszę, że nigdy
i nigdzie nie chcę z nimi chodzić.
Na pierwszy rzut oka wydaje się
to wszystko takie straszne, okropne i w ogóle nie do ogarnięcia. Wszelkie
planowanie czegokolwiek wydaje się niemożliwe, a kalendarzem należałoby chyba
palić w piecu. Z drugiej jednak strony, czegoś mnie to uczy. Może faktycznie
nie trzeba tak się spinać, może te zasady i reguły wcale nie czynią życia
łatwiejszym, może przewidywalność zabija entuzjazm. Jest niedziela rano, mam na
dzisiaj mniej więcej zaplanowane trzy spotkania, może do skutku dojdą
wszystkie, a może żadne. Powinnam zatem się po europejsku frustrować, a zamiast
tego wybieram czilałt w stylu azjatyckim, co jest ładnym określeniem na to, że
po polsku „mam na to wyjebane”. Mogę siedzieć w domu i płakać, że nie
zadzwonił, że nie przyszła, że nie lubią mnie, bom brzydka, głupia i zbyt
poważna. Mogę też pójść pobiegać, zostawić telefon w domu, bo – o zgrozo!-
nawet jeśli nie odbiorę, to świat się nie zawali. Potem i tak zawsze i z każdym można
się dogadać, choćby nie wiem co. Tylko trzeba szczerze powiedzieć, o co
człowiekowi chodzi. Tak jak moja nauczycielka komuzu, która ostatnio zadzwoniła
i rozbrajająco zapytała, czy na pewno chce mi się dzisiaj przyjść, bo jej się
nie chce, stara jest i zmęczona, więc może sobie darujmy. Można? Można. Azja
uczy życia.
niedziela, 19 lutego 2012
Dzień sto trzydziesty siódmy
Mimo, że od prawie pół roku mieszkam w Kirgistanie, nie zapomniałam o mojej fascynacji Rumunią. Ostatnio
czytam wspomnienia człowieka, który w latach osiemdziesiątych był korespondentem
PAP w Bukareszcie. Kiedy przyjechał do królestwa Ceausescu po raz pierwszy i
przemierzał jego ogrom, jego uwagę przykuły porozstawiane co kawałek tablice z
napisem „drum bun”. Dziwił się niezwykle, że Rumuni to taki uczciwy naród,
który lojalnie ostrzega przed fatalnym stanem dróg. Dopiero po jakimś czasie
jakiś życzliwy człowiek wyjaśnił rzeczonemu korespondentowi, że „drum bun”
oznacza „dobrej podróży”, a nie „uwaga! wyboje”.
Ta urocza anegdota przypomniała
mi po raz kolejny, jak ważna jest nauka języka kraju, w którym człowiek
postanawia zatrzymać się na dłużej. Nie tylko dlatego, że – jak każdy pewnie emigrant wie – nie ma co liczyć na to,
że ludność lokalna będzie posługiwać się angielskim. Przyczyn, dla których
warto uczyć się dziwnych języków jest jednak więcej i nie wszystkie są tak
oczywiste jak „potrzeba komunikacji”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby pójść
do sklepu i być w stanie kupić sobie bułkę. Bez języka nie da się tak naprawdę
poznać kultury i takiego prawdziwego, lokalnego, codziennego życia. Uważam, że
język odzwierciedla to, co dla danego narodu jest naprawdę ważne. Na przykład w
kirgiskim używa się wielu słów na określenie członków rodziny – starszy brat,
młodsza siostra, żona brata matki… Na początku ciężko mi było się w tym połapać
i dziwiłam się, dlaczego nie można po prostu powiedzieć „brat” i jakoś tego
uprościć. Wbrew pozorom jednak, ta skomplikowana struktura ma jednak sens i
znaczenie, bo odzwierciedla to, co jest tutaj ważne, czyli powiązania rodzinne,
które wciąż dla wielu ludzi tutaj stanowią najważniejszą wartość w życiu. Uważam,
że to urocze, że do obcych ludzi – na przykład do kierowcy marszrutki – nie mówi
się „proszę pana”, a „wujku”. Nasze polskie „proszę pana”, a już w
szczególności angielskie „sir” , wydaje mi się jakieś takie wiernopoddańcze.
Wszystkie te rzeczy mogę
obserwować dzięki temu, że wreszcie zaczęłam się porządnie uczyć kirgiskiego i
jakoś mi to idzie lepiej. Wspaniałą mam satysfakcję, kiedy mogę coś prostego
powiedzieć, choćby do moich uczniów. Od razu widzę, jak zmienia to nasze
relacje, a w szczególności ich nastawienie do mnie. Awansowałam ostatnio z trochę
obcej i lekko ignoranckiej „pani z zachodu” na swojskiego zioma, z którym można
po kirgisku ponarzekać na jazdę marszrutką. Od razu chętniej ze mną rozmawiają,
dzięki czemu z pewnością mogę się więcej o Kirgistanie nauczyć i więcej
przeżyć. Poza tym nie ukrywajmy, kirgiski jest mega hipsterski!
wtorek, 14 lutego 2012
Dzień sto trzydziesty szósty
Walentynki. Nie odczuwam co
prawda odruchu wymiotnego na widok serduszek, ale wielką fanką nie jestem. Kirgistan
jest na tyle alternatywny i nie skażony popkulturą, że wydawał mi się idealnym
miejscem do tego, żeby tego dnia w ogóle nie obchodzić. Fakt, że tutaj walentynki nie są zakazane, a od
połowy stycznia nie trąbi się o miłości i nie umieszcza w każdym możliwym
miejscu romantycznych dekoracji okazał się jednak złudny. Bo jednak walentynki
się obchodzi i to do tego stopnia, że większość nauczycieli w mojej szkole
dostało z tej okazji dzień wolny. Ja postanowiłam ten czas wykorzystać na
spotkanie z moim ulubionym ex-uczniem. Prosta niby rzecz, a okazała się nie
lada wyzwaniem. Po pierwsze cholernie trudno było znaleźć jakieś miejsce. W
moim ulubionym barze o wdzięcznej nazwie goliłud trzeba było uiścić depozyt, co
w praktyce oznaczało, że każde z nas musiałoby przepić około 20 dolców. Zdrowie
już nie to, żeby we wtorek za tyle wypić, o nie. Udaliśmy się zatem na poszukiwanie
alternatywy. W ogromnej, taniej i
spokojnej chińskiej knajpie – dzikie
tłumy i oczywiście brak miejsc. Dziwi mnie to, bo jak już spędzać walentynki,
to dlaczego w takim podłym w sumie miejscu? Kolejna miejscówka – piwniczny,
mroczny bar, przystrojony serduszkami i świeczkami do porzygu. Oczywiście
wszystkie stoliki zarezerwowane. Tak więc chodziliśmy tak po mieście chyba z
godzinę i w miarę oddalania się od centrum rosła też nasza frustracja. W końcu
postanowiliśmy dać sobie ostatnią szansę i zajrzeć do jakiejś przypadkowej
jadłodajni. Okazało się to chyba najlepszym wyborem wszechczasów, nie mogłabym
sobie wyobrazić bardziej alternatywnych walentynek! Knajpa mimo swojego
dziwnego wystroju – wielkie, przypominające palmy kwiatki na środku, ściany i
dach zrobione z jakichś patyków – była miejscem typowo kirgiskim. Nie chadzają
tam oczywiście żadni Rosjanie, byłam zatem jednym białasem, co mi się tu tutaj
w sumie rzadko zdarza. Czułam się jednak zadziwiająco swojsko, nawet wtedy
kiedy kelnerka podeszła i zamiast przynieść nam menu po prostu zapytała „co?”. Co
można zjeść w takim miejscu? Oczywiście szaszłyk! Jestem szaszłykowym fanatykiem,
a ten dzisiejszy okazał się po prostu niewiarygodnie pyszny! Przygotowywany był
naprawdę na zewnątrz, na ogniu nad jakimś archaicznym pewnie piecem, rozkosz!
Mimo całego mojego entuzjazmu dla kirgiskiej kultury wciąż nie jem palcami, co
więcej nawet sam widelec to dla mnie za mało, żeby wciągnąć taką górę mięsa. Tim
zatem grzecznie poprosił o dwa noże. „Hę? Jeszcze jeden szaszłyk, tak?” –
kelnerka wyraźnie nie zrozumiała tej nietypowej prośby. Kiedy wreszcie się
dogadaliśmy, zniknęła gdzieś w odmętach kuchni, pomrukując coś pod nosem. Wróciła
po kilku minutach z przepraszającą miną niosąc tylko jeden nóż i to w dodatku
taki typowo kuchenny, niemalże rzeźnicki… Ot, różnice kulturowe.
Pod koniec udało nam się dorwać
menu (jedno na całą knajpę). Tam oczywiście tradycyjne pozycje – sałatki, zupy,
alkohole – a oprócz tego typowy tutaj wykaz opłat za zniszczenia. Za zbicie
szklanki tyle, za talerz tyle. Do tego już się przyzwyczaiłam, jednak ostatnia
pozycja doprawdy mnie rozwaliła. Opłata „za wymiotowanie na sali – sto somów”. Smacznego.
Przez te różne dziwne przygody
walentynki 2012 uważam za towarzysko wyjątkowo udane oraz ekonomicznie korzystne,
gdyż najedliśmy się mięsa, popiliśmy czaju i jeszcze zagryźliśmy lebioszką za
jedyne 4 pln od osoby, ha!
poniedziałek, 13 lutego 2012
Dzień sto trzydziesty piąty
Wieki temu, w moim jakże
burżujskim i elitarnym liceum mieliśmy obowiązkową naukę trzech języków obcych.
Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z rosyjskim. Sam język jakoś mnie nie
zafascynował, zachwycił mnie jednak mój stary, radziecki profesor, tak
wymagający, że niektórzy nie wytrzymywali presji. Jedna z moich koleżanek
poległa przy odpytywaniu z alfabetu. A, be, we… i spotkanie z podłogą. „- O!
Czy ona zemdlała? –Ależ nie, panie profesorze, ona zbiera grzyby”. Jak widać
absurd otaczał mnie od wczesnych lat młodzieńczych. Ale nie o panu Kardynale
miało być, tylko o Jurze, bohaterze podręcznika. Jura mnie fascynował. Słuchał
dżazu, brodził pa internecie i przede wszystkim spędzał wakacje na daczy. Będąc
w kraju post-sowieckim nie mogłam przegapić takiej okazji i tak jak bohater
mojej młodości udałam się z chłopakami na daczę, rozkoszować się górskim,
zimowym powietrzem i innymi atrakcjami.
Czterdzieści minut czekania na
przystanku, czterdzieści minut jazdy marszrutką, czterdzieści minut pieszo i
oto jesteśmy. Pośrodku niczego. Tylko góry, góry i śnieg.
Zaopatrzeni w jakże tradycyjny
asortyment niezbędny w tych warunkach atmosferycznych (kwas chlebowy, chińszczyzna,
szoro, suszone jabłka, szisza) przystąpiliśmy do konsumpcji.
Potem postanowiliśmy zrealizować
główny cel naszej wycieczki, czyli zjeżdżanie z górki. Niestety nie mieliśmy
sanek, desek ani innych gadżetów. Jednak okazało się, że moi (byli) studenci są
nieźle zaprawieni w bojach i przywlekli ze sobą pięć idealnie przyciętych
kawałków linoleum. Zjeżdżanie na linoleum, jak można tego nie uwielbiać?
Może prędkość nie robi wrażenia,
ale za to widoki i atmosfera naprawdę niezapomniane!
Po tych przygodach, przemarznięci
nie na żarty wróciliśmy na daczę. W środku było tak zimno, że dosłownie nie
dało się oddychać, a mokre ubrania zesztywniały tak, że można było używać ich
jako broni. Zlokalizowaliśmy jednak kominek, który wyglądał dosyć podejrzanie.
Stanęliśmy przed dramatycznym wyborem: albo zamarzniemy, albo się zaczadzimy.
Niestety wybraliśmy tę drugą opcję. Że też wtedy nie przypomniałam sobie starej
kaliskiej mądrości, która mówi, że lepiej siedzieć w chłodzie niż w smrodzie! Kominek
oczywiście nie działał tak, jak powinien. Pokój szybko się zadymił do tego
stopnia, że nie było widać niczego no i oddychać się nie dało absolutnie,
musieliśmy zatem pootwierać okna. Skutek: i zimno, i śmierdzi. Potem radośnie
odkryliśmy, że w sumie na dworze (na polu? :D) było cieplej niż wewnątrz i
ostatnie chwile naszej wyprawy spędziliśmy ciesząc się słońcem i widokami.
Generalnie wymarzłam jak nigdy,
ale absolutnie był to jeden z najlepszych dni, jakie miałam w Kirgistanie!
Dacza for ever!
Dzień sto trzydziesty czwarty
Czy posiadanie szerokiej wiedzy
ogólnej, jakiegoś elementarnego pojęcia o otaczającym nas świecie ma jeszcze
jakieś znaczenie? Chyba jestem starej daty, bo uważam, że to bardzo ważne. Może
przesadzam, nie wiem. Jest wielu ludzi, którym brak podstawowego rozeznania
wcale nie przeszkadza, wielu rzeczy nie wiedzą i jakoś nie czują się z tego
powodu zażenowani. Ja natomiast mam nieustanną ochotę dramatycznie sobie
zakrzyknąć, że nie poznaję tego świata, że to nie jest miejsce które znam i w
którym chcę żyć. Przykład z dzisiaj: zapytałam szesnastoletnią dziewczynę,
gdzie chciałaby pojechać. Do Nowego Jorku, wiadomo. A w jakim to kraju? W
Londynie. Z głębokiego szoku wyrwała mnie inna uczennica, która wyśmiała tę
jakże błyskotliwą odpowiedź, stwierdzając, że nju jork to oczywiście w
amerykańskich sztatach jest. Uff, jest nadzieja dla świata, pomyślałam. Przedwcześnie.
To bardziej ogarnięte dziewczę także zapytałam o wymarzony cel podróży. Do Paryża
by chciała. A w jakim to kraju? W Londynie. Nie mam słów.
W innej grupie miałam dzisiaj
bitch fight jak się patrzy. Poszło o to, jakie miasto jest stolicą Turcji. Większość
uparcie twierdziła, że Istambuł. Nawet się założyli o czekoladę i kazali mi
rozstrzygnąć ten jakże dramatyczny spór. Powiedziałam im, że według mojej
wiedzy stolicą Turcji jest Ankara, a żeby nie być gołosłowną pokazałam im
odpowiedni artykuł z Wiki. Orzekli, że mam polski internet, na pewno
nieaktualny, bo przecież każde dziecko kirgiskie wie, że stolicą Turcji był,
jest i będzie Istambuł.
Ja w ramach swojej walki z
ignorancją podjęłam kolejną próbę nauczenia się kirgiskiego. Tym
razem się nie poddam, choćby mnie miało skręcić. Nauczę się tych wszystkich
sufiksów, nie ma innej opcji. Moja nowa nauczycielka wydaję się lepsza od
poprzedniej, obiecała, że nie będziemy rozmawiać o kołchoźnikach :]
Dzień sto trzydziesty trzeci
Decyzja podjęta, czynności wizowe
wszczęte. Karmię się nadzieją, że lokalna biurokracja mnie nie powstrzyma i
będę mogła zostać tutaj kolejne pół roku. Chciałabym bardzo, chociaż nie była
to decyzja łatwa, bo z jednej strony tęsknię za Polską, a z drugiej strony w
mojej głowie wciąż siedzą Te Dwa Miejsca, w których koniecznie muszę
pomieszkać, nim osiądę na stałe. O ile w ogóle kiedyś osiądę. Była zatem opcja,
żeby pożegnać się z Kirgistanem i udać się gdzieś, gdzie jest cieplej albo
przynajmniej trochę inaczej niż tu. Zmienić otoczenie, poszukać nowych bodźców,
zapomnieć o niepowodzeniach i znowu zacząć wszystko od nowa. Pokusa jest. Jednak
chyba warto czasem zaryzykować i zostać gdzieś dłużej, zbudować jakieś trwalsze
relacje z ludźmi i miejscem. Mieszkam tu prawie pół roku, a wciąż mam wrażenie,
że nic o tym Kirgistanie nie wiem, jeszcze chciałabym tyle rzeczy zrobić,
zobaczyć, przeżyć! Zatem postanowiłam zostać i nadal prowadzić tryb życia pół-osiadły.
Nigdy pewnie nie będę jak ten facet, nie odwiedzę stu krajów przed
trzydziestką. Wolę mieszkać i doświadczać. A że doświadczenia bywają różne, to
już inna kwestia. Dziś na przykład w Kirgistanie było odczuwalne trzęsienie
ziemi, zaiste dziwne to przeżycie.
Ktoś mnie ostatnio z Polski
zapytał o moje plany. O to, kiedy wrócę, kiedy coś postanowię, kiedy znajdę
normalną pracę, krótko mówiąc – kiedy zacznę prawdziwe życie? Bo podobno kiedy
życie jest tak „bezstresowe” jak moje, to nie jest prawdziwe. A ja się nie
zgadzam, ja protestuję, mnie jest dobrze tak jak jest. I to, co mam tutaj, na
tym mroźnym końcu świata, jest prawdziwe. A plany? W sumie mi to wisi, mogę
skręcać długopisy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)